Wiesława Wójcika wylali z pracy pomimo ukończenia studiów inżynierskich. Nie miał poparcia partyjnego. Przez jakiś czas przerzucał węgiel. A potem, w połowie lat 70., wpadł na pomysł, że pójdzie "w goździki". - Na Henryka kupiłem 100 sztuk i stanąłem u nas w Radomiu pod dworcem, sprzedałem wszystkie. W jeden dzień zarobiłem dwie zakładowe pensje - wspomina.
Biznes szybko zaczął się kręcić. Najpierw były noce u cioci Janiny w Warszawie, a potem kilka godzin w pociągu z pudłami pełnymi czerwonych goździków z giełdy koło Hali Mirowskiej. W końcu dorobił się własnego samochodu. Lubił ten biznes. Kiedyś wracał z dziećmi i żoną znad morza. Nudziło mu się, więc po drodze kupił kwiaty. Następnego dnia było Anny, sprzedał wszystko i zarobił na kolejne dwa tygodnie wczasów w Krynicy Górskiej.