Na fali filmów postirackich obraz Bigelow wyróżniało odejście od demaskatorskiej tonacji, skupienia na kompletowaniu listy (skądinąd słusznych) oskarżeń pod adresem administracji George W. Busha. Tymczasem reżyserka pokazuje wojnę jako niemal narkotyczne uzależnienie. Nie pokazuje żołnierzy zdemoralizowanych przez wojnę, ale bohaterskich saperów wykonujących bodaj najniebezpieczniejszą misję rozbrajania bomb podkładanych w gruzach i samochodach-pułapkach, udaremniania samobójczych zamachów, rozbrajania przydrożnych min. Owszem, żyją ci żołnierze w ciągłym stresie, odliczają dni do końca służby, ale nie zamieniają się w zdehumanizowane psy wojny.
Eldridge (Brian Geraghty) chce tylko przetrwać, zdaje sobie sprawę, że każda chwila może być tą ostatnią, szuka pomocy u psychologa, buntuje się przeciw grozie śmierci. Sanborn (Anthony Mackie) dopiero pod koniec uświadomi sobie wartość życia, poczuje, jak bardzo chciałby mieć syna. Ich dowódca, główny bohater, sierżant James (Jeremy Renner), wciąż igra ze śmiercią. Takie rozłożenie akcentów początkowo zresztą szkodziło to filmowi – mimo, że miał premierę latem 2008 roku na festiwalu w Wenecji, przez długi czas nie było dystrybutorów chętnych by wprowadzić go do kin. Teraz doceniony przez Akademię film Bigelow ma szansę na drugie życie w kinach.