Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Każdemu przypomina się historia jak z soap opery. Pocałunki starszego pana i młodej dziewczyny, paparazzi chodzący za nimi krok w krok. A potem oburzona mama pędząca do gazet z informacją, że Żuławski napastuje biedną Weronikę, a ta chce tylko się od niego uwolnić. Chwytające za serce, nieprawdaż?
Czy znakomity niegdyś reżyser opisał to w książce, która jest niczym więcej niż paraliterackim ściekiem? Prawdopodobnie tak. Tyle tylko, że niezależnie od tego, że „Nocnik” to książka haniebnie zła, pisana frustracją autora, on sam uważa ją za fikcję. I może poprzeć słowa dowodami.
Najwybitniejszym przykładem podobnych, załganych celowo dzienników, gdzie prawdziwe wydarzenia i postaci przeglądają się w zwierciadle fikcji, są znakomite książki Tadeusza Konwickiego. Choć oczywiście tylko szaleniec może poważyć się na zestawienie „Nocnika” z „Kalendarzem i klepsydrą”.